Relacje z podrózy

Islandia z jajem ;)

„…NIE JESTEM Z SOMALII!!!” po tych słowach  swoją wycieczkę po kraju ognia i lodu zakończył jeden czarnoskóry mężczyzna już na lotnisku w Keflaviku. No powiedzmy, że po tych, bo w sumie również groził, że wszystkich pozabija jak go nie puszczą 😀 Nawet wydawało się, że zaczął coś rapować, wyzywając funkcjonariuszy policji, ale Ci zupełnie niewzruszeni na jego talent, postanowili obezwładnić awanturującego się „artystę”.

My mieliśmy więcej szczęścia, bo żaden z biegających po lotnisku piesków nie wyczuł zapachu kabanosów wydobywającego się z naszych plecaków. Islandia jest bowiem krajem do którego nie można wwozić surowego mięsa, nabiału oraz twardych narkotyków – nam się upiekło.

Na miejscu przywitali nas chłopaki z  Ice-Pola, firmy która zachwyciła nas swoim podejściem do klienta i bezproblemową obsługą. Ruszyliśmy w 100km drogę do naszego domku z jacuzzi, świeżo wypożyczonymi samochodami  😉

Jeżeli chodzi o wyżywienie na miejscu to Islandia jest uważana za kraj stosunkowo drogi i tak jest faktycznie. Ceny nie zachwycały, najtańsze tortille czy kanapki w KFC to koszt 35-40zl, obiad w restauracji to już koszt w okolicy 150-200zl. Natomiast my byliśmy na to przygotowani.

Każdy z nas miał ze sobą zestaw umożliwiający przetrwanie w trudnych warunkach tj. zupki chińskie, gorące kubki, kabanosy itp. Dodatkowo zaopatrywaliśmy się w discountach spożywczych. Jeżeli jesteś Polakiem podróżującym po Islandii to na pewno odwiedzisz te 3 sklepy:

W Kronanie zaskoczyła nas polskojęzyczna kasa samoobsługowa – niestety moja była zepsuta i nie dało się niczego skasować, prawdopodobnie jeszcze przez jakis czas po naszym wyjściu komunikowała na pół sklepu „Proszę zeskanować produkt i odłożyć do siatki…”

Bonus to odpowiednik naszej biedronki, można znaleźć naprawdę pożywne jedzenie w umiarkowanie niskich cenach. My za podstawowe zakupy, widoczne na zdjęciu zapłaciliśmy 70zł.

Vinbudin to sklep dla koneserów, osób które kultywują polską tradycję ludową za granicą lub tak jak w naszym przypadku, świrów którym brakło alkoholu już drugiego dnia od przyjazdu 😉 Wwożenie na Islandię alkoholu wysokoprocentowego powyżej 1 litra na osobę  grozi mandatem i konfiskatą – woleliśmy nie ryzykować, zwłaszcza tego drugiego 😉 Koszt lokalnego kraftowego piwka to około 13zł. Ciekawostką jest również fakt, że w sklepie można znaleźć polskie sikacze typu Lech czy Tyskie ale rozlewane w Holandii i smakujące jak g@#$%, czyli w sumie tak samo jak w PL. Za to lokalne browarki były całkiem spoczko 😉

Pierwszego dnia pojechaliśmy zwiedzać Golden Circle czyli Islandię w pigułce. Wejście na Kerid Crater to koszt około 15zł na osobę, niestety akurat nie działał terminal, a my nie mieliśmy gotówki więc wpuścili nas za darmo 😉 Miejsce zrobiło na nas większe wrażenie niż oczekiwaliśmy po zdjęciach w internecie. Niecka po wygaśniętym wulkanie a wewnątrz zamarznięte jezioro nad którym można sobie usiąść i polatać dronem – dla mnie bomba. Spacer dookoła to max 30min.

Kerid Crater

Co do latania dronem to często spotykanymi znakami przy głównych atrakcjach były te zabraniające latania, ale jakoś dziwnym trafem zauważałem je dopiero przy wyjściu, a jedyną rzeczą która mogła powstrzymać mnie przed „rozłożeniem skrzydeł” była fatalna aura i warunki atmosferyczne.

Fajną atrakcją okazał się skansen z czynnymi gejzerami. Wizytówką tego miejsca jest ten największy i pierwszy w Europie, od którego pochodzi nazwa „Geysir” jednak jest on uśpiony, a sąsiadujący z nim Strokkur spektakularnie wybucha co parę minut na wysokość do 40m.

Jeżeli uznać, że ilość skośnookich turystów, przekłada się na atrakcyjność danego miejsca, to Gejzery mają nr 1 na całej Islandii 😉 Nikomu nie przeszkadzała niska temperatura oraz padający deszcz, strach pomyśleć jak to wygląda latem. Parking i wejście na teren parku jest darmowy.

Zewsząd unoszący się dym, zapach siarki i lekko zgniłego jajka wpisał się już chyba na stałe w krajobraz wyspy. Nie wspominałem wcześniej, ale woda w Islandzkich kranach poza tym, że jest zdatna do picia i posiada korzystny wpływ na cerę,  ma również  zapach lekko zgniłego jajka ;D

Wodospad Gullfoss nie zrobił na mnie wrażenia, na pewno warto zobaczyć zwłaszcza, że to zaledwie kilka km od gejzerów, a atrakcja nic nie kosztuje. Nam nie zajęło zbyt dużo czasu przyglądanie się temu „cudowi” natury. Krótki spacer i pojechaliśmy się wygrzać w termalnych źródłach…

Przed przyjazdem mieliśmy zaznaczone kilka miejsc na mapie w których moglibysmy się skusić na gorącą kąpiel, jednak brakło czasu na obiektywne porównanie ich wszystkich. Na swoje miejsce wybraliśmy klimatyczny „rów z wodą” i przebieralnią w elfickiej chacie 😀

Relaks przerwał nam coraz mocniej zacinający deszcz. Niby fajnie ciepło w wodzie, ale jak pada na ryj to nie jest za przyjemnie 😉 Atrakcja w 100% darmowa.

Podczas naszego pobytu deszcz chyba najbardziej dawał się we znaki. Padało codziennie, od południa do późnych godzin wieczornych.

Drugiego dnia doświadczyliśmy tej Islandzkiej pogody chyba najmocniej. Podczas wizyty na Black Beach i półwyspie Dyrholaey porywy wiatru dochodziły do 80km/h uniemożliwiając delektowanie się pięknem przyrody. Nie szło ustać w miejscu a tym bardziej utrzymać aparatu w ręce. Przegraliśmy walkę z żywiołem, musieliśmy uznać jego wyższość i wrócić do domu.

Powrót do domu nie zawsze oznacza koniec atrakcji. Na początku relacji wspomniałem o domku z jacuzzi… no niestety nasz tego nie miał w swojej ofercie. Jednak zauważyliśmy potencjał,  po naszej wizycie uważam, że właściciel powinien dodać te udogodnienie do opisu na airbnb.

Nieckę prysznicową po wcześniejszym zatkaniu odpływu wypełniliśmy tą charakterystyczną wodą z jajkiem – mieliśmy wtedy swoje własne gorące termy.

Co jakiś czas tylko wybiegaliśmy na dwór aby się schłodzić,  pojeździć na nartosankach, czy porzucać śnieżkami. Motywy każdy miał inne, moim była zwykła chęć pobiegania zimową nocą dookoła domu w samych kąpielówkach i zrobieniu kilku fikołków na śniegu, prawda, że to normalne? ;P strach pomyśleć co byśmy jeszcze wymyślili, gdyby nie to, że alkohol się skończył 😉

Widok wraku samolotu Dakota DC-117 wywołał u mnie mieszane uczucia, z jednej strony obiekt jest bardzo fotogeniczny i warto go uwiecznić na zdjęciu, z drugiej – ciężko się do niego dostać, a na miejscu rzesze turystów obskakują go jak małpy w zoo sprawiając, że zrobienie idealnego ujęcia jest wręcz niemożliwe. Do samolotu prowadzi ponad 3km piesza droga. Nam cała wyprawa zajęła 1.5h ale szliśmy szybkim krokiem. Jak ktoś liczy na fajne fotki to polecam przyjść o świcie. Wschód słońca musi tam wyglądać bajecznie. Atrakcja w 100% darmowa.

Największym lodowcem Islandii jest Vatnajokull, znajdujący się na poludniowym wschodzie wyspy. To co dodaje uroku temu miejscu to powstałe z topniejącego lodu jezioro Jokulsarlon oraz pobliska plaża ze słynnymi „kawałkami lodu” – Diamond Beach. Atrakcja jest oddalona od Reykjaviku o prawie 400km dlatego postanowiliśmy pójść na kompromis i zobaczyc nieco mniej popularny, aczkolwiek dla kogos kto nigdy nie widzial tego typu zjawiska, wciąż atrakcyjny jęzor lodowcowy Solheimajokull.

Koszt zwiedzania wnętrza lodowych jaskiń wraz z instruktorem i wypożyczeniem sprzętu to minimum 400zł w zależności od pakietu wycieczki cena może wynosić nawet ponad 1000zł. My postanowiliśmy trochę poeksplorować teren na własną rękę, jednak szybko brak raków uniemożliwił dalszą wspinaczkę po lodowcu.

Ciekawymi wodospadami które znajdują się w południowej części Islandii i są łatwo dostępne to Seljalandsfoss który można obejść dookoła oraz Skogafoss wraz ze znajdującym się w okolicy skansenem tradycyjnego budownictwa w Skogar (domki z dachami porośniętymi mchem). Przy Seljalandsfoss parking kosztuje 22zł za auto, ale nasz parkomat był zepsuty, więc weszliśmy za darmo ;D

Większość relacji jakie czytałem opisywały Reykjavik jako miasto w którym nie warto się zatrzymywać. My mieliśmy wolną godzinkę więc pospacerowaliśmy po centrum. To zdecydowanie za krótko aby wyrobić sobie zdanie na ten temat.

Ciekawostką jest, że narodową potrawą w Islandii jest smażone końskie kopyto, najpopularniejszym imieniem konia jest Azor, a każdy Islandczyk po ukończeniu 13 lat rusza w samotną, podróż konno po kraju w poszukiwaniu Elfów… a co, nie wierzycie? 😀 No dobra sam to wymyśliłem, ale tylko dlatego bo uważam, że powinno być jakieś wyjaśnienie tego, że na wyspie widywaliśmy je częściej od ludzi. Nie ważne jaka historia za tym stoi, warto się na chwilę zatrzymać przy drodze, aby popatrzyć na te piękne zwierzęta.

Na wyspie spędziliśmy zaledwie 3 pełne dni, które były bardzo intensywne. Przemierzyliśmy około 1000km, a i tak nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji regionu. Miejsce to jest na pewno ciekawe i warte aby zatrzymać się tu na dłużej. My zostawiliśmy sobie pewną dozę niedosytu, tak aby w przyszłości móc z jeszcze większym entuzjazmem wrócić do tego kraju.

Nie znaleziono komentarzy

Napisz komentarz

Copyright © 2019 Pozdropincet. All rights reserved